Socjalistyczne Stany Zjednoczone Ameryki

Ekonomiści z Banku Anglii,Tim Pike i Mauricio Armellini, na wewnętrznym blogu, poruszają – ważną ich zdaniem– kwestię wpływu automatyzacji i rozwoju sztucznej inteligencji na kształt rynku pracy oraz stosunków społecznych. Sugerują, że decydenci polityczni oraz opinia społeczna mogą niedoceniać realnego wpływu obu zjawisk na światową gospodarkę. Już dwa lata temu, główny ekonomista Banku Anglii, Andrew Haldane szacował, że postęp nowych technologii spowoduje utratę 15 milionów miejsc pracy w Wielkiej Brytanii i 80 milionów w Stanach Zjednoczonych. Mimo, że wyliczenia były zbliżone do wcześniejszego raportu oksfordzkiego, nie przebiły się one do głównego nurtu debaty ekonomicznej i nie wybrzmiały szerokim echem.

Pike i Armellini twierdzą, że szczególnie mylące jest porównywanie obecnego stanu rzeczy, do historycznych przemian społecznych, które towarzyszyły rewolucji przemysłowej (raczej ewolucji – skoro trwała około stu lat) czy industrializacji. Pomimo ówczesnych lęków – często powtarzanych przy okazji obecnej sytuacji, postęp generował daleko więcej miejsc pracy, niż tracone w wyniku zastępowana starszych form prowadzenia działalności, nowszymi.

Zakłócenia, jakie na rynku spowodowały: silnik parowy i spalinowy, prasy drukarskie, system fabryczny, koleje czy elektryczność, były gwałtowne, ale jednak sprzyjały tworzeniu nowych miejsc pracy. Być może z powodu upowszechnienia samochodów na znaczeniu straciły profesje: stajennego, woźnicy czy kowala, ale przy okazji pojawili się: mechanicy, kierowcy, robotnicy montażowni czy budujący szosy. Zmiany nie następowały skokowo. Konstruowanie infrastruktury czy budowa fabryk nie działo się z dnia na dzień. Do tych zmian można się było przygotować, gdyż zajmowały lata. Adaptacja rynku pracy miała wystarczająco dużo czasu, aby uniknąć problemu masowego bezrobocia.

Nie trudno zauważyć, że od XIX postęp przyspieszył kroku. Im tańsze są nowe technologie, tym szybciej są wdrażane, a zatem wywierają silniejsze zmiany na rynku. Sam rozwój komputerów, które jeszcze 40 lat temu były wielkimi szafami – obsługiwanymi przez nielicznych, a obecnie znajdują się w co drugiej kieszeni spodni czy torebce. Już teraz duża część zakupów odbywa się bez odwiedzania fizycznych sklepów. Towar przepływa pomiędzy producentem, magazynem i klientem. Przesył dóbr nadal wymaga ingerencji człowieka, ale prace nad autonomicznymi pojazdami czy dronami, dążą do jej eliminacji. Handel detaliczny czeka olbrzymie przeobrażenie. Szansa, że sklepy wielkopowierzchniowe wypełnią się jeszcze kiedyś tłumem kupujących należy uznać za mrzonkę. Tylko naprawdę wielkie wyprzedaże – w rodzaju szaleństwa Czarnego Piątku – są w stanie obudzić w nas pierwotny instynkt łowcy.

Bardzo istotnym czynnikiem, który przyspiesza automatyzację, jest – fałszywa z mojego punktu widzenia – walka o zmniejszenie nierówności za pomocą podnoszenia płacy minimalnej. Jak dobrze by to medialnie nie wyglądało – pomoc najbiedniejszym zawsze jest w cenie – przynosi więcej szkód, niż pożytku. Nakłady inwestycyjne działów badań i rozwoju są nakierowane na tworzenie technologii, które zmniejszają zapotrzebowanie na ludzką pracę.

Również starzenie się społeczeństw w krajach rozwiniętych, jest czynnikiem sprzyjającym zastępowaniu ludzi przez maszyny. Pomimo że populacje w niektórych państwach się kurczą (Japonia), albo pozostają w stagnacji (Austria), produkt krajowy brutto rośnie. Automaty zapewniają lepszą produktywność.

Nie ulega wątpliwości, że wykorzystanie automatów do wykonywa za człowieka powtarzalnych, ściśle określonych czynności jest wielkim osiągnięciem postępu technologicznego, poprawiającym wydajność. Cały czas trwają pracę nad dalszym poszerzaniem zakresu działania maszyn, na przykład w halach fabrycznych czy magazynach. To co może niepokoić, a dzieje się coraz częściej, to wypieranie ludzi z zawodów w sferze usług, które nie wymagają sprawności fizycznej, ale umiejętności poznawczych i komunikacyjnych. Wraz z przyspieszaniem prac nad sztuczną inteligencją, znikają zawody, w których człowiek może czuć bezpieczeństwo zatrudnienia. Zdolności analizy i kojarzenia faktów, które już teraz mają komputery, daleko przewyższają nasze zdolności. Zastąpienie ludzi jest tylko kwestią czasu.

Właśnie brak perspektyw na przyszłość powinien budzić największe zaniepokojenie społeczeństw krajów rozwiniętych i rozwijających się. Nie wydaje mi się, abyśmy byli przygotowani na wyzwania jakie stawia kolejna fala rewolucji przemysłowej. Zagrożenia zastępowania niskopłatnych miejsc pracy przez automaty czy koncentracja kapitałowa wokół niedużej liczby ponadnarodowych korporacji technologicznych, będą skutkować wzrostem globalnej nierówności. Z pewnością błędne jest tłumaczenie bieżących zjawisk, historią. Wcześniejsze fazy rewolucji przemysłowej nie są w żadnym elemencie zbieżne z tym, co niesie obecny postęp technologiczny. Zamiast podnosić ogólne bogactwo społeczeństwa, mogą się przyczynić do wzrostu nierówności.

Do podobnych wniosków dochodzi Joseph Stiglitz, twierdząc, że obecny – a także przyszły – poziom nierówności nie jest wynikiem niefortunnego zbiegu okoliczności, towarzyszący rozwojowi gospodarczemu. To ludzie - przedsiębiorcy, politycy, a nawet wyborcy - sami zdecydowali się, na takie - a nie inne - działania. Nie stoi za tym żadna pozbawiona uczuć maszyneria rynkowa. Z takiego postawienia sprawy płynie nuta nadziei. Możemy sami rozwiązać problemy, zanim będzie za późno.

Noblista, profesor ekonomi Uniwersytetu Columbia, zauważa iż 91 procent przychodów, wygenerowanych w latach 2009 – 12, trafiło do 1% najbogatszych Amerykanów. Było to możliwe przede wszystkim dzięki finansjalizacji gospodarki, która pociągnęła za sobą: spadek realnych dochodów, skupienie na zyskach krótkoterminowych, uwzględnianie jedynie potrzeb akcjonariuszy (a nie szerzej interesariuszy: pracowników, dostawców czy klientów) czy nieskuteczną i niedostateczną regulację oraz nadzór ze strony instytucji państwowych. Mimo przekonania, że postęp powinien zwiększać wydajność i obniżać koszty, konsumenci nadal są obciążani wysokimi opłatami (ceny usług bankowych, ubezpieczeń, energii elektrycznej, itp.). Taka praktyka drenuje portfele klasy średniej (i niższej), powiększając lukę w stosunku do klasy wyższej.

Stiglitz proponuje głęboką rewizję sposobu działania amerykańskiej gospodarki, aby nie niosła ona korzyści jedynie wąskiej warstwie najbogatszych, ale żeby wspierała rozwój wszystkich. Noblista krytykuje dążenie do utrzymywania się z zysku z kapitału, zamiast z faktycznej działalności gospodarczej. Daje przykład lobbingu, jako „pustej” gałęzi gospodarki, dzięki której bogaci zapewniają sobie prawa, aby stać się jeszcze bogatszymi i bardziej uprzywilejowanymi. Odrzucenie gospodarki opartej na zysku kapitałowym, miałoby zasadniczy wpływ na rynek nieruchomości, ochronę patentową, a co za tym idzie - na przewagę międzynarodowych korporacji.

Stiglitz w najnowszej książce – „Rewriting the Rules of the American Economy: An Agenda for Growth and Shared Prosperity” - rzuca wyzwanie nieprawdziwej i nieaktualnej – w jego opinii - wierze w gospodarkę podażową. Propozycje są bardzo radykalne. Na pierwszy ogień idzie zmiana przepisów podatkowych, aby zwiększyć obciążenia najwyżej zarabiających (ze szczególnym uwzględnieniem zysków kapitałowych), skończyć z preferencjami dla najbogatszych (ulgi i zachęty inwestycyjne) oraz uszczelnienie systemu, aby nie dało się go obejść. Następnym krokiem ma być daleko idące regulacje dla rynków finansowych, aby zmniejszyć ich zagrożenie dla stabilności gospodarki.

Kolejne propozycje Stiglitza mają sprawić, że korporacje – czy szerzej rynek – mają uwzględniać korzyści pracowników i społeczeństwa. Na straży regulacji ma stać bank centralny, który zamiast skupiać się na mało istotnych wskaźnikach makroekonomicznych, ma wspierać politykę równomiernego bogacenia się, przenosząc nacisk na stronę popytową.

Jeśli ktoś by uznał, że szanowany noblista popadł w obłęd, głosząc hasła socjalistyczne w Ameryce, to spieszę z wyjaśnieniem, że jest to tylko czubek góry lodowej żądań cenionego ekonomisty. Twierdzi on, że państwo powinno się skupić na: realizacji polityki pełnego zatrudnienia, inwestycjach w infrastrukturę, wsparcia ochrony zdrowia, rozbudowie opieki nad dziećmi (żłobki i przedszkola), wzmocnienia siły pracowników w negocjacjach z pracodawcami oraz wprowadzeniem płatnych urlopów (także macierzyńskich).

Powyższa litania zmian, to nie żadna rewolucja, ale – powiedzmy sobie uczciwie – utopia. Pomysł, aby każdy obywatel Stanów Zjednoczonych mógł się cieszyć: powszechną edukacją, ogólnodostępną służbą zdrowia, miejscami pracy dla wszystkich czy własnymi czterema ścianami, byłby spełnieniem American Dream. Problem polega na tym, że marzenie o dostatnim życiu miało być wizją dla nielicznych, do której się dąży, a nie bezwarunkową nagrodą.
Chociaż z drugiej strony, skoro społeczeństwo jest tak zdesperowane, że sięga po biznesmenów, którzy obiecują pokierować państwem jak korporacją, to przy kolejnym powiewie wiatru historii może zdecydują się na Socjalistyczne Stany Zjednoczone Ameryki.
Trwa ładowanie komentarzy...