O autorze
Absolwent Szkoły Głównej Handlowej. Interesuje się sytuacją gospodarczą na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii. Obserwuje bieżące problemy największych światowych korporacji. Przygląda się sytuacji społeczno-gospodarczej w kontekście dochodu podstawowego, nierówności płac oraz równouprawnienia płci.

Prezydent Trump

Korporacje, rząd, podatki, imigranci, globalizacja, praca na dwóch etatach, tańsza siła robocza…. Trump nie wymyślił tych problemów i lęków, on je po prostu nazwał – i to publicznie.

Odczytuję wybór Donalda Trumpa jako krzyk sprzeciwu. Do tej pory w Ameryce wszyscy byli urzędowo zadowoleni. Na pytanie „How are you today?” odpowiada się “Fine” i serwuje uśmiech. Tylko, że sytuacja ekonomiczna obywateli staje się coraz gorsza. Mniej miejsc pracy, a coraz popularniejsze zajęcia dorywcze nie gwarantują stałości zatrudnienia, ani zarobków.



Przyzwyczailiśmy się patrzeć na krajową gospodarkę przez pryzmat najróżniejszych wskaźników: PKB, bezrobocie, inflacja. Umówiliśmy się, że pewna korelacja wzrostów i spadków określonych indeksów świadczy o dobrym stanie ekonomii. Z tej perspektywy Stany Zjednoczone są w świetnym stanie. Otrząsnęły się z Wielkiej Recesji i mają przed sobą świetlaną przyszłość. Ale to nie prawda. American dream już nie działa. Tu nie chodzi o posiadanie biura na Manhattanie i apartamentu z widokiem na Central Park. Ludzie pragną domku na przedmieściu, dwóch samochodów i pracy – najlepiej jednego członka rodziny, która zapewni spokojny żywot. Ci bardziej ambitni mają w planach wysłanie dzieci do college’u. To jest kwintesencja marzenia, która spajało amerykański naród i powodowało, że był on wzorem dla innych naśladowców. Ciężka praca pozwalała na bogacenie się i dostatnie życie.

Teraz ciężka praca, na dwóch etatach, z nadgodzinami pozwala jedynie wiązać koniec z końcem. Zakłady pracy wywędrowały do krajów, które zaoferowały tańszą siłę roboczą, a prace w usługach przejmują automaty. Taka sytuacja rodzi frustrację. Na wszystko. Korporacje, rząd, podatki, imigrantów, globalizację oraz zagranicznych partnerów. Trump nie wymyślił tych lęków, on je po prostu nazwał i to publicznie.

Ludzie, którzy go poprali nie wierzą w jego obietnice wyborcze – po pierwsze - są mętne, a po drugie – zbyt wiele podobnych w swoim życiu słyszeli. Wyborcy postawili na niepewną zmianę, która jest bardziej kusząca od znanej stagnacji. To że padło na Donalda Trumpa jest zbiegiem okoliczności. Demokraci mogli wybrać bardziej humanitarne oblicze ewolucji – Berniego Sandersa, ale woleli postawić na najbardziej znienawidzonego polityka Ameryki.

Wybór Trumpa jest wyjątkowy jeszcze pod jednym względem. Do tej pory miliarderzy wynajmowali sobie polityków, aby ci za nich sprawowali rządy. Dziś to ogniwo zostało skrócone. Już nie trzeba będzie finansować kampanii przez podejrzane fundacje. Donald Trump miał czelność rzucić rządzącemu establishmentowi wyzwanie, samemu będąc jego częścią. Z tego powodu nie stanie się liderem rewolucji, na którą liczą jego wyborcy, a jedynie wyrachowanym politykierem.

Konia z rzędem temu, kto spośród licznych obietnic Donalda Trumpa odsieje te istotne, które staną się osią jego prezydentury. Z pewnością czeka nas czas izolacjonizmu, którego domaga się amerykańskie społeczeństwo. Mniejsze otwarcie na świat zewnętrzny, ograniczone zaangażowanie w konflikty zbrojne, debatę międzynarodową i globalną wymianę handlową. Dla Europy powinien być to sygnał do zwierania szeregów. Czekają nas ciekawe czasy.
Trwa ładowanie komentarzy...